Kijowskie dziewczyny - podsumowanie

"Czemu tak często latasz do Kijowa?" To proste. Nie tylko Ukrainki są ładniejsze od Polek, ale też kijowskie dziewczyny szczególnie mnie lubią. Bądźmy szczerzy, jest to pewien ich konkretny podzbiór, ale na szczęście wpisuje się on idealnie w moje gusta.

Kijowska trylogia obejmuje dziewczynę, z którą się przespałem będąc w Kijowie, drugą, która odwiedziła mnie w Warszawie i jedną, po którą musiałem wrócić. To całkiem nieźle jak na 12 dni spędzonych w obcym mieście. Poniżej możecie znaleźć statystyki dotyczące wyprawy, którą razem z sharkkiem odbyliśmy w czerwcu.


Daygame'uj ciężko


Dawno temu uświadomiłem sobie, że nie ma czegoś takiego jak dobry turysta-daygamer. Od moich pierwszych prób eurojauntowania wiedziałem, że albo się zwiedza, albo się podrywa. Dlatego też typowa wyprawa zwykle zaczyna się od działania na masową skalę, żeby po kilku dniach spokojnie skupić się na randkowaniu albo nawet zwiedzaniu.
Nie da się podchodzić na masową skalę bez końca. Większość mężczyzn nie jest w stanie utrzymać wysokiego tempa (i dobrej jakości!) nawet przez tydzień. Nie daj sobie wmówić, że ktokolwiek robi setki podejść miesięcznie, każdego miesiąca.
 Lubię urocze i szczupłe dziewczyny ze zgrabnymi nogami. Ponieważ ten opis świetnie pasuje do kijowskich dziewczyn, to nie miałem żadnego problemu z podchodzeniem. Przez pierwsze cztery dni zagadałem 69 dziewczyn i zgarnąłem 20 numerów. Cała wyprawa zamknęła się 113-oma podejściami i 29 numerami.


Ciężkie zlewki


Doskonale widać, że większość moich numerów pochodziła z pierwszych czterech dni. Potem moja zdolność do zgarniania kontaktów była ograniczona. Są tego trzy przyczyny: miałem już wystarczająco dużo numerów (nie zależało mi aż tak na nowych), byłem zmęczony daygame'owaniem (pierwsze 4-5 dni to był niezły wycisk), no i czasami zbyt dobrze bawiliśmy się z sharkkiem robiąc gwarantowane zlewki "dla jaj".

Jeżeli chodzi o te ostatnie, to zgarnąłem 36 zlewek (czyli rozmów krótszych niż 30 sekund, przeważnie w okolicy zera), a 35 dziewczyn nie mówiło po angielsku (albo mówiło zbyt słabo). Oczywiście te grupy mają dużą część wspólną i musiałbym przesłuchać wszystkie nagrania, żeby mieć konkretne dane, ale przyjmijmy, że 80 z tych 113 podejść to były sensowne daygame'owe rozmowy z dziewczynami z Kijowa.

Czy żałuję "gwarantowanych zlewek"? Tych wylaszczonych, kijowskich dziewczyn po operacjach plastycznych? Zdecydowanie nie. Po tej wyprawie tak się znieczuliłem na zlewki, jak nigdy do tej pory. Mam nadzieję, że te nastawienie się nie zmieni. Czy powtórzyłbym ten wyczyn? Wingując z sharkkiem mieliśmy z tego dużo radochy i to był świetny mechanizm na zachowanie dobrego nastroju. Na pewno nie działałbym w ten sposób, jeżeli mogłoby to źle wpłynąć na mój nastrój (np. podróżując samemu).

Pięć sekund po wyjściu z taksówki...


Randkuj z głową


Polegliśmy, jeżeli chodzi o postawiony sobie przed wyprawą cel, czyli sprawdzenie, czy wolniejsze działanie dalej lepsze rezultaty. Z poprzednich podróży wiedzieliśmy, że szybka eskalacja w Kijowie to zła strategia, bo większe szanse ma się na wystraszenie dziewczyny, niż na szybki seks. Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, żeby to zadziałało.

Zachowałem się jak idiota paląc trzy pierwsze randki, kiedy to za każdym razem sprowadzałem dziewczynę do mieszkania. Jedną nawet namówiłem na to, żeby została do rana (a następnie przesadziłem z eskalacją). To o wiele za szybko dla większości z nich. Kijowskie dziewczyny zwykle nie skaczą z radości na samą myśl o przespaniu się z obcokrajowcem. Trzeba randkować z głową.

Jeśli dziewczyna spotyka się z tobą na randkę i odstawia się w kieckę i szpilki (jak robi to większość z nich), to możesz być pewny, że uważa cię za atrakcyjnego. Reszta gry toczy się o komfort i o prezentacjępakietu. Ona musi też wiedzieć, że nie znikniesz za chwilę (dlatego dłuższe wizyty i częstsze podróże niesamowicie pomagają) oraz, że masz coś do zaoferowania, jeżeli chodzi o twój styl życia. O pakiecie był zresztą poprzednipost.

Z tych 29 numerów udało mi się randkować z ośmioma dziewczynami, a w sumie odbyłem 12 spotkań. Logistyka nie pozwoliła mi na więcej. Jeżeli moje notatki nie kłamią zaledwie dwa wieczory spędziłem bez randki.


Co dalej?


113 podejść (albo 80, jeśli chcesz odjąć dziewczyny, które nie mówiły po angielsku), 29 numerów, 8 dziewczyn na randkach i 3 sukcesy. Jakkolwiek by tego nie liczyć, jest to poniżej 40 podejść na seks, czyli granicy, którą uważam za początek zaawansowanego daygame'u. W trakcie uganiania się za dziewczynami z Kijowa przekroczyłem też próg 3000 podejść. Się działo.

Czuję, że już udowodniłem sobie co trzeba. Zwierzę uroczo nazwane relentless notch count hyena drzemie, ale jestem pewien, że jeszcze nie raz podniesie swój łeb. To interesujące, że osiągnięcie tego stanu przydarzyło mi się dokładnie na tym samym etapie, co Krauserowi. Ale nie martw się - jego post jest z 2012, a wciąż jest w grze.


Podróżując z facetami po czterdziestce jestem przekonany, że nie ma co się wypisywać z tej całej gry. Ani teraz, ani (prawdopodobnie) nigdy.

3 komentarze:

  1. A co sądzisz o takich statystykach i podejściu do DG:

    Okolo 170-180 podejść w życiu i 7 sukcesów. Wszystko od stycznia czyli bardzo mało podejść. Generalnie mało działam, nadal w wiekszosci miejsc mam AA. Dziewczyny mi się podobają (7-8), to nie tak że wybieram pasztety.
    Nie lubię jednorazowych schadzek i masowego zaliczania. Na pewno nie wyrobiłbym emocjonalnie robiąc 30 podejść, 7 radnek w tygodniu, albo dwóch dziennie. Czy to wymowki czy może moja nisza, co sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedno puknięcie na ok. 25 podejść, blisko światowej czołówki. Absolutnie nie ma się czym martwić, liczby nie kłamią ;)

      Usuń
    2. Spróbuj, przekonaj się. Jeżeli masz taki przelicznik podejść na sukces to albo bardzo dobrze potrafisz wybrać dziewczyny, które są Tobą zainteresowane, albo celujesz poniżej swoich możliwości.

      Jeśli nie czujesz, że "możesz lepiej", to ja bym się nie przejmował. Ja ciągle czuję, że jeszcze długa droga przede mną.

      Usuń