Daygame'owe Braterstwo

W Kijowie zdarzyło się coś, czego nie byłem świadkiem od naprawdę długiego czasu - ktoś wciął mi się w set. Rozmawiałem z dwiema siostrami i właśnie brałem numer do jednej z nich, gdy jakiś Ukrainiec odciągnął tę drugą na bok.

Że co? Wydawało mi się, że to się zdarza tylko w klubach, ale jednak trafiło się i mnie. Stałem tam z telefonem w ręku i byłem absolutnie przekonany, że po tym, co się właśnie stało nic z tego numeru nie będzie. Ten buc nawet nie zgarnął żadnego kontaktu do tej drugiej dziewczyny.


Wszyscy Gramy Według Tych Samych Zasad


Z praktycznego punktu widzenia wpierniczanie się komuś w daygame'owy set jest tak głupie, jak tylko się da. Nie tylko sytuacja robi się niezręczna, ale sabotuje się szanse wszystkich uczestników tej afery. Bo oto dziewczyna zaczyna coś podejrzewać i nawet, jeśli pierwszy amant był straszny, a drugi genialny, to nie zmienia to faktu, że właśnie podbiło do niej dwóch facetów. Jak często się to jej zdarza w trakcie dnia?
Przejmowanie setu, AMOG-owanie i inne rzeczy o smutnych nazwach są niestety częścią podrywania. A i tak nightgamerzy mają o wiele gorzej.
Nazywamy to "grą" z wielu powodów. Między innymi dlatego, że znaczenie mają zarówno umiejętności, jak i szczęście. Są też pewne zasady, a wyniki są przewidywalne. Rób to, co ten buc, a prawdopodobnie przegrasz.

Nie mam tu też na myśli żadnego mitycznego "BroCode", chociaż większość daygamerów, których znam, stosuje się do niepisanego zbioru zasad, który zwiększają szanse wszystkich dookoła. Jest pewna braterska więź między doświadczonymi podrywaczami, bo wszyscy znają cenę tego stylu życia.


"Jesteś średnią ze swoich najbliższych znajomych"


Jesteś tym, z kim się zadajesz i przyciągasz ludzi podobnych do siebie. I chociaż możliwe jest zaprzyjaźnienie się z ludźmi, którzy mają różne osobowości, to nie da się utworzyć długoterminowej relacji z kimś, kto ma odmienne poglądy na świat.
Jest różnica między byciem pewnym siebie mężczyzną, a byciem bucem.
Jeśli jesteś okrutnym dupkiem i nawet nie dociera do ciebie, że żyjesz wśród innych ludzi, to możesz myśleć, że jesteś straszny "alfa" i "samotnym wilkiem", ale w praktyce zawsze mamy jakiś krąg znajomych. I takie podejście do życia obróci się przeciwko tobie, bo ci ludzie dookoła będą mieli podobne podejście co ty.

Ma to też szersze konsekwencje. Żyj w ten sposób, imponuj takim zachowaniem dziewczynom i wkrótce będziesz przyciągał tylko kobiety, którym nie będziesz w stanie zaufać. Aż w końcu któregoś dnia okaże się, że któraś sypia z twoim "najlepszym kumplem" za twoimi plecami. Jest to daleko od okej, ale czy możesz winić kogokolwiek poza sobą? W końcu to ty zadajesz się z tymi wszystkimi ludźmi.


Karma wraca


Nie wierzę w nic szczególnego poza tym, że należy wierzyć w samego siebie. Ale jednak sama idea karmy wydaje mi się bardzo rozsądna i praktyczna. Nie w jakimś mistycznym wymiarze, ale zdroworozsądkowym. W perspektywie czasu wszyscy dookoła zaczynają cię traktować tak, jak ty traktujesz ich.

Set, który został zniszczony przez jakiegoś buca. Wiem, że ciężko się było powstrzymać, ale...

Niepodejmowanie prób nauki od innych, szczególnie gdy sobie z czymś nie radzimy, jest głupotą. Samo przebywanie z lepszymi od siebie daje bardzo dużo. A instytucja winga jest tak stara, jak samo podrywanie.

Braterstwo krwi (no dobra, innych płynów ustrojowych) jest o wiele większe w środowisku nightgame'owym, ale i więcej jest tam brudnych zagrań. Więcej też podrywa się grup dziewczyn, a mniej pojedynczych, stąd też większe zapotrzebowanie na winga. Czasami trzeba zająć się straszną koleżanką, żeby kumplowi się udało albo przynajmniej odwrócić jej uwagę.

Ale czy tak naprawdę w daygamie da się zajść daleko bez wingów, przyjaciół albo chociaż znajomych?


Daygame to (nie takie) samotnicze hobby


Niekoniecznie potrzebujesz winga, jeśli działasz w zrównoważonym tempie - to znaczy jesteś w stanie działać cały czas z taką samą intensywnością bez groźby wypalenia. Dla niektórych jest to kilka setów każdego dnia, dla innych 50 na tydzień. Nie ma znaczenia, o ile jesteś w stanie to ciągnąć jak długo chcesz.

Są jednak sytuacje, kiedy chcesz pchnąć swój rozwój do przodu albo przetrwać posuchę, czy też zdobyć szybko wiele dziewczyn lub odwiedzić inny kraj, gdzie nie będziesz miał znów tak dużo czasu, żeby przekuć numery w sukcesy. Wszystkie te scenariusze oznaczają wiele oschłych zlewek, flake'ów i solidne wahania nastroju. Nikt nie jest na to odporny.

I wtedy właśnie pomaga pożartowanie z kimś o tych wszystkich porażkach. Po dziesiątym razie z rzędu, kiedy słyszysz "no English" albo "married" naprawdę masz ochotę obśmiać to wszystko w towarzystwie. Kiedy ustawiasz dwie randki na najlepszą godzinę w tygodniu i obie dziewczyny je odwołują, masz ochotę napić się piwa z kumplem (zaraz po tym jak wróci z abstrakcyjnego spotkania na którym karmił jej psa hot-dogami).
"Dziewczyny nie mają dla mnie znaczenia!" Gówno prawda, gdyby tak było nie próbowałbyś ich podrywać. Nie ma co płakać nad porażkami, ale czasami potrafią one zajść za skórę.
 Jestem introwertykiem i kiedyś wierzyłem, że poradzę sobie sam z takimi sytuacjami, ale życie to zweryfikowało negatywnie. Znajoma twarz w obcym mieście jest nieoceniona. A kiedy jesteś wszem i wobec znany jako dupek, to nikt nie chce z tobą podróżować ani nawet daygame'ować. A jeśli wydaje ci się, że nie potrzebujesz pomocy od innych, to życzę ci powodzenia. Jak tylko zaczniesz robić coraz trudniejsze rzeczy, to porażki staną się nieuniknione.


A wtedy ktoś, kto cię podniesie jest nieoceniony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz