Zmiana wiatru! Wydarzenie zmieniające życie! Przełom!

Parę szumnych haseł w tytule, tak więc od razu wiadomo, że pora na kolejną odsłonę umysłowej masturbacji. Ostatnio wrzuciłem na Twittera przemyślenie (i to nie z pod prysznica) o zmianach i przemianach w życiu. Ten blog opisuje moją przemianę, a paru moich znajomych przeszło podobną drogę. Ale jednak jest masa osób, która nie jest w stanie zmienić w sobie niczego.
Nie ma żadnych wydarzeń zmieniających życie. Jeśli chcesz zmienić siebie i/lub swoje życie musisz włożyć w to wiele czasu i wysiłku.
Czas na opowieść. Nieco ponad trzy miesiące temu byłem na tyle głupi, żeby przyjąć mandat za przekroczenie prędkości na motocyklu. W konsekwencji straciłem prawo jazdy na trzy miesiące. Ponieważ dopiero co zmieniłem maszynę na większą/nowszą/szybszą było to niesamowicie upierdliwe. Nie byłem jednak aż tak głupi, żeby jeździć po drogach publicznych bez prawka - jakikolwiek wypadek i ubezpieczyciel z radością umywa ręce.

Oczywiście przeszedłem przez wszystkie pięć faz gniewu w konsekwencji robiąc miliony rzeczy, żeby tylko zapełnić sobie weekendy. Jak tylko mogłem starałem się unikać ulic Warszawy dziwnie wypełnionych motocyklami. I nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że właśnie rodzi się mój mindset pod tytułem "szklanka w połowie pełna", z którym aktualnie bardzo mi dobrze.

Podczas tych miesięcy wydawało mi się, że brakuje jakiegoś kawałka mnie. Czułem się jak oszust mówiąc, że jestem motocyklistą. Oczywiście na randkach wspominałem, że kiedyś-tam zabiorę te dziewczyny na przejażdżkę, ale czegoś brakowało. Im więcej wody upłynęło w Wiśle tym mniej byłem w stanie zidentyfikować o co w zasadzie chodzi.

Dwa wypady na Ukrainę później byłem już tak blisko do odzyskania prawa jazdy. Właśnie miałem zamiar wskoczyć na moto i pojechać na 700 kilometrową przejażdżkę, której głównym punktem był Wydział Komunikacji. Założyłem skóry, wyjechałem na trasę pierwszy raz od 90 dni i...

Oczywiście, że to nie ja. Jeżdżę Hondą.
Nic nie poczułem. To nie była żadna wielka chwila w moim życiu. Tak jak kiedy straciłem prawko nic wielkiego się nie wydarzyło (pomijając chemię w moim mózgu, która sprawiła, że byłem wkurwiony przez kilka dni). Naiwnie myślałem, że nic nie znacząca rzecz zmieni cokolwiek. Ponieważ, w nieśmiertelnych słowach Doktora House'a, "ludzie się nie zmieniają". Wracają do swoich starych przyzwyczajeń, żyją swoim dawnym życiem i zapominają o objawieniach. O ile nie zaczną po prostu pracować nad zmianą samego siebie.

Kiedy po raz pierwszy zdecydowałem, że zostanę kobieciarzem miałem w głowie swojego docelowego siebie. Potrzebowałem jedynie znaleźć odpowiednią drogę. Kiedy już na nią wkroczyłem nie przeszedłem żadnej fundamentalnej zmiany. Krok po kroku tworzyłem nowe „ja”, przez większość czasu nie zauważając nawet, że coś się zmienia. Na szczęście uwagi zgłaszali zarówno znajomi jak i rodzina.
Kiedy w końcu "zdobędziesz" swoją pierwszą dziewczynę z daygame'u / pierwszą zagraniczną / pierwszą dziewicę / pierwszą jakąkolwiek zauważ podejrzany brak uczucia spełnienia. Nadchodzi ono wcześniej, kiedy zorientujesz się, że "to się stanie" ("jestem w stanie to zrobić!"), a nie kiedy w nią wejdziesz.
Z czasem stałem się bardziej otwarty, zaczynałem chodzić na randki, a nie tylko zdobywać numery. Potem zacząłem sypiać z tymi dziewczynami. Chciałbym powiedzieć, że doskonale pamiętam mój pierwszy daygame'owy sukces, ale nie byłoby to prawdą. Pamiętam dziewczynę, ledwo pamiętam randkę, ale pamiętam również jak kilka tygodni wcześniej po dziesiątkach randek uświadomiłem sobie, że mogę być "tym gościem". Albo raczej - że stałem się gościem, który podrywa dziewczyny za dnia i umawia się z nimi. Tylko kwestią czasu było, kiedy zacznę sypiać z wieloma kobietami. Uczucie towarzyszące pierwszemu daygame'owemu seksowi to było mniej więcej "oczywiście, że się udało".

Ale uświadomić sobie można to tylko patrząc w lusterko wsteczne. Nie zdobywasz poziomu jak w jakieś grze fabularnej gdzie możesz na raz zmienić wiele rzeczy i nagle stać się o wiele lepszy. Powodem, dla którego wielu osobom nie udaje się zmienić jest to, że porywają się na wszystko: ubiór, sylwetkę, pewność siebie, pracę, nawyki, dietę, hobby, umiejętności społeczne, itd.

Obrałem inną taktykę - staram się robić rzeczy, które jakiś czas temu były poza moją strefą komfortu. Sprawdzam czy nadal tam są dzisiaj. Bo być może nie mam już żadnych obaw i jedyne co mnie powstrzymuje od ich zrobienia, to fakt, że nie próbowałem...

I tak to trwa po dziś dzień. W ciągu ostatnich miesięcy kupiłem ubrania i akcesoria o które bym się nie podejrzewał jeszcze rok temu. Odbyłem nieplanowaną wycieczkę za granicę tylko po to, żeby zobaczyć się z paroma dziewczynami (co nie powinno się wydarzyć biorąc pod uwagę mój odpowiedzialny budżet i dokładne plany, ale jebać to). Rozkręcam własny biznes, rzeźbię się jeszcze bardziej, piszę więcej niż kiedykolwiek i szkolę facetów z całego świata. I każdego dnia zauważam, że co raz więcej rzeczy znajduje się w mojej poszerzonej strefie komfortu. Moje aktualne nastawienie to "jebać, zróbmy to".

Podróż jest bardziej istotna niż cel. To truizm, ale warty powtarzania. Kierunek w którym zmierzasz jest oczywiście najważniejszy, warto wiedzieć co chcesz osiągnąć. Ale przybiegnięcie na metę maratonu z czasem odpowiadającym zaplanowanemu nie powinno cię zaskoczyć. Tak naprawdę, powinieneś wiedzieć że tak się stanie te trzy godziny wcześniej - na starcie. Bo to jest pewność siebie - przekonanie, że się uda.

Jasne - czasami złapie się kontuzję, pogoda będzie do dupy albo się zachoruje. I nici z nowej życiówki. Ale te drobne potknięcia nie są istotne. Co jest istotne, to zbudowanie systemu który produkuje sukcesy. Jeżeli nie ten bieg - to następny. Jeśli wiesz na co cię stać, to jesteś pewny siebie, a twój umysł jest spokojny.

Wracając do daygame'u - świadomość, że jesteś w stanie zgarnąć mnóstwo numerów i pójść na masę randek jest tym, co czyni cię pewnym siebie. Nie jesteś przecież zaskoczony za każdym razem kiedy trafisz z dziewczyną do łóżka (czy też raczej - nie powinieneś być). To jest świadomość dostatku - nie musisz sypiać z kilkoma dziewczynami na raz. Wystarczy, że wiesz, że w skończonym czasie ze 100% prawdopodobieństwem jesteś w stanie uwieść niezłą laskę.

A co z tymi, którzy się nie zmieniają? Skupiają się na celach, zamiast na podróży. A najmądrzejszą rzeczą jaką można zrobić jest skonstruowanie sytuacji, w której nie ma możliwości porażki. Zawsze myśl długoterminowo. Jeżeli zlewki/niepowodzenia dziś sprawiają, że odniesiesz sukces w przyszłości - to jest to postęp. I właśnie wtedy zmieniasz się, kawałek po kawałku.

Jeżeli każdego tygodnia zrobisz coś, co uważałeś że jest poza twoją strefą komfortu, to wyobraź sobie co się stanie przez rok. Wyobraź sobie i zacznij robić nowe rzeczy. I jak zawsze - podrywaj dziewczyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz