Pułapka strefy komfortu

Rozwój dzieje się poza sferą komfortu, nie ma co do tego wątpliwości. Nieważne czy chodzi o dźwiganie ciężarów, bieganie maratonów, naukę nowych umiejętności, stawanie się bardziej otwartym czy podrywanie dziewczyn - musisz czuć się niekomfortowo i musisz ponosić porażki, żeby się uczyć. Żadna ilość teorii nie da ci tyle, co kilka godzin solidnej praktyki.

Niektórzy mówią "porażki nie są niezbędne do nauki, wystarczy być ostrożnym i rozwijać się małymi krokami". W teorii mogłoby to działać, gdyby nie było okrutną stratą czasu. Kiedy uczysz się jeździć na motocyklu po prostu musisz kilka razy go przewrócić (najlepiej jak stanie się to na placu przy precyzyjnych manewrach). W ten sposób poznajesz granice, doświadczasz utraty balansu i wychodzisz z tego nie tylko bez szwanku, ale i z nauczką. Mógłbyś "być ostrożny" i zbliżać się do tej granicy, nigdy jej nie przekroczyć, ale w ten sposób nie odrobisz lekcji. Być może swojej własnej maszyny nigdy nie będziesz aż tak przechylał, ale warto poznać te uczucie i konsekwencje.

Chodząc na siłownię nieuchronnie zbliżasz się do momentu, w którym wrzucisz na sztangę taki ciężar, że nie będziesz w stanie go odłożyć po ostatnim powtórzeniu. Świetnie, właśnie znalazłeś swoją granicę w tym konkretnym ćwiczeniu na ten konkretny dzień. Wiesz, że nie mógłbyś ćwiczyć bardziej intensywnie, że dajesz z siebie wszystko. Czy rozwijałbyś się używając mniejszych ciężarów? Pewnie, ale znów - czas jest zbyt cenny aby go marnować na trening daleki od optymalnego. A w ten sposób poznałeś limit.

To wszystko piszę przy założeniu, że nikt nie jest głupi, że każdy ma kogoś, kto go asekuruje. Nie ma co żyłować się samemu (podobnie: nie ma co uczyć się jazdy z tarciem kolanem o asfalt na drogach publicznych). Opuszczanie strefy komfortu powinno być inteligentne. Nie ma powodu, żeby tam zostawać (nuda, brak nauki), ale też nie ma co nieustannie porywać się z motyką na słońce (zniechęcenie, brak nauki).
Jeżeli nigdy nie odnosisz porażek to znaczy, że nie opuszczasz swojej strefy komfortu. I w zasadzie się nie uczysz.
Nauka podrywania i interakcji z nieznajomymi jest dla większości facetów tak daleko od "strefy komfortu" jak tylko się da. Naprawdę muszą się zmusić, żeby zacząć robić podejścia, znieczulić się i po 100-200 setach stać się "daygamerem" (początkującym, ale jednak). Po nauce dynamiki ulicy zaczynają chodzić na randki, gdzie znów muszą wyjść ze "strefy komfortu" miłego gościa, który nie eskaluje. Potem są bouncebacki i umawianie randek w domu, potem ostatni krok - seks.

Cała podróż dokonuje się poza strefą komfortu (albo strefami, bo jest ich wiele). Plan nakreślony powyżej jest najbardziej podstawowym i najczęściej występującym. Wszystko zaczyna się komplikować, jeśli chcesz opuścić strefę daygamera wybieranego według K-selekcji i stać się r-wybranym kochankiem. Ale wybiegam za bardzo w przód.

Problemem w "nauce" daygame'u i uwodzenia jest szybkie osiąganie umiarkowanego sukcesu. Miałeś jedną dziewczynę rocznie? Teraz spotykasz się z dziesiątkami kobiet, nawet jeśli sypiasz zaledwie z kilkoma. Byłeś przyzwyczajony do nudnego seksu w związku? Teraz masz niesamowite przygody i seks na pierwszych randkach. Jesteś co najmniej kobieciarzem, co jest wielką poprawą w stosunku do bycia kolesiem bez jakiegokolwiek pojęcia. Tak więc skoro jest już tak dobrze czemu miałbyś znów opuszczać swoją nową strefę komfortu?
To frazes, ale nigdy nie chodzi o to, żeby "być sobą", tylko "być najlepszą możliwą wersją siebie".
Zbyt łatwo i wygodnie jest osiąść na średniozaawansowanych laurach ciesząc się sporadycznymi sukcesami. Ale to jak bieganie maratonów ciągle w tym samym tempie. Brak rozwoju, brak postępów, no i tak naprawdę brak nauki. Odpocząć można kiedy może się powiedzieć "osiągnąłem wszystko, co jest do osiągnięcia" (albo gdy nas coś znudzi). A jeżeli chodzi o uwodzenie, to jest mnóstwo szczytów do zdobycia: więcej dziewczyn, piękniejsze, młodsze, szybszy seks, itd.

To jest moment kiedy wielu facetów (w tym i ja) nie zauważa, że co prawda wyrwali się z jednej strefy komfortu, ale trafiło do kolejnej. Mogę zagadać dziewczynę, wyciągnąć ją na randkę i co jakiś czas uwieść ją finalnie lądując w łóżku, a potem przekształcić to w relację typu fuck friend lub dziewczynę nie na wyłączność. I czuję się z tym komfortowo... czyli źle.

To jak zdobywanie pierwszej nagrody w amatorskich rozgrywkach raz za razem. Jasne, na początku czujesz się świetnie i faktycznie jest to coś, czym można się chwalić. Ale po dziesiątkach takich zwycięstw ludzie zaczną pytać "czemu nie zmierzysz się z kimś na swoim poziomie"?. A jeżeli nie oni, to sam powinieneś się o to zapytać. "Czy to jest wszystko na co mnie stać, czy może po prostu unikam ciężkiej pracy i nieuchronnych porażek?"

Z takiej strefy komfortu nie ma co wychodzić...
Potrzebuję brnąć dalej w kierunku stania się r-wybranym kochankiem, olać całe długofalowe randkowanie i głębokie poznawanie się, skupić się na dobrej jakości (i ilości) nowych dziewczyn. Nie chcę już być chłopakiem nie na wyłączność. Jak każdy lubię jak dziewczyna zostaje na noc i poranny seks, ale nie chcę się angażować z żadną dziewczyną. Lubię moje życie takie, jakim jest i chcę go więcej.

Droga do r-selekcji wiedzie poza moją obecną strefą komfortu. Ciągle na randkach za wiele czasu spędzam na poznawaniu się i budowaniu atrakcyjności niekoniecznie robiąc wystarczająco dużo uwodzenia i seksualizacji. Bywam zbyt miły i o ile moje granice bycia "świnią" są już poszerzone, to ciągle nie czuję się komfortowo z pójściem za daleko. Nigdy nie straciłem dziewczyny na randce. Żadna laska nigdy nie trzasnęła drzwiami do mojego mieszkania, ani nie skończyła randki przed czasem. Nie chcę, żeby obrażanie dziewczyn stało się moją nową normą, ale jest to odpowiednik upuszczenia motocykla czy ćwiczenia do odcięcia. Nie wiem na co mnie stać, ani nie wiem gdzie leżą granicę. Co znaczy, że ciągle jestem w strefie komfortu. Tym razem z etykietą "zaawansowany daygamer".

Nie wspominając już o wylaszczonych sukach w typie modelki, z którymi nigdy się dobrze nie dogadywałem. Ale to zupełnie inna historia.

3 komentarze:

  1. Cześć,
    czytuję bardzo okazjonalnie różne blogi, czy też materiały związane z tą tematyką, ale po przeczytaniu tego postanowiłem, że spróbuję rozegrać te tematy inaczej. Moje relacje rozwijały się zazwyczaj dość powoli - zachowawczo, ale za to skutecznie. Pójdę w tym tygodniu na całość, gdyż mam akurat umówione z trzema dziewczynami akurat drugie spotkania. Myślę, że mogą dać fajną odpowiedź na to, czy warto grać na czas, czy też poczynić konkretne i zdecydowane kroki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Granie na czas nie ma praktycznie żadnych zalet - jeżeli dziewczyna rokuje, to jesteś w stanie szybko ją rozgrzać. Jeżeli nie rokuje - tylko będzie marnowała Twój czas na kolejnych randkach. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, tylko część dziewczyn pójdzie do łóżka na pierwszym spotkaniu... co nie znaczy, że próbowanie działa na Twoją niekorzyść.

      Usuń
  2. Akurat najbliższy przypadek zupełnie nie rokuję, gdyż z tego co przebąkiwała na pierwszym spotkaniu to nie dawno się rozstała. Ja to totalnie zlałem. Kiedyś bym pomyślał, że pewnie potrzebuję czasu, a ja będę tym dobrym. Teraz myślę, że potrzebuje ku***a, a jeśli to nie na pewno nie chcę zostać jej czasoumilaczem. W jedną albo drugą stronę. Dam znać co z tego wyniknie.

    OdpowiedzUsuń