Nietypowy raport - długa gra z chętną dziewczyną

Nie jestem najlepszy jeżeli chodzi o długą grę (SMS-y, komunikatory), jednak ten przypadek jest niezwykły na tyle sposobów, że nie sposób się nim nie podzielić. Zawsze uważałem, że raporty powinny nieść jakąś naukę dla czytającego, a nie być tylko sposobem na karmienie ego autora. Do rzeczy!

Podejście było książkowe. Tę uroczą, małą dziewczynę zatrzymałem w centrum miasta. Niska, ale jednocześnie rewelacyjne nogi. Dużo się śmiała, mieliśmy kilka wspólnych tematów więc nawet przez chwilę nie dopadła nas cisza. Była aktywna, zadawała pytania i naprawdę dużo od siebie dawała w tej konwersacji. Błyszczące oczy, długie spojrzenia - szybko przypadliśmy sobie do gustu. Potem jednak pojawiły się problemy. Była w związku... ale niekoniecznie udanym. Próba wzięcia od niej numeru nie wypaliła, bo rzekomo nie rozdaje go nieznajomym (ta, jasne). Zażartowałem, że przecież już się przedstawiliśmy, więc nie jesteśmy nieznajomi i zapytałem jak ją znajdę na Facebooku. Z tym nie było żadnego problemu więc w trakcie rozmowy wysłałem jej zaproszenie. Potem jeszcze chwilę pogadaliśmy szkicując delikatnie nasze przyszłe spotkanie. Była bardzo pozytywna, zabawna, a kontakt według mnie - solidny.

I tak przechodzimy do naszej historii na Messengerze, która - choć rozległa - nie zawiera znów tak wiele wiadomości, jak mogłoby się wydawać.

24.08
Tradycyjne przywitanie. Chociaż odpowiadała na moje wiadomości, ale nie było z czego ukręcić dłuższej rozmowy.

27.08
Ping graficzny i pierwsza próba wyciągnięcia jej na spotkanie. "Nie szukam jeszcze nowego chłopaka". Świetnie, tylko "Wcale nie mam zamiaru go zastąpić". Zapytała czy to w takim razie będzie koleżeńskie spotkanie, na co odpisałem "Nigdy nie wiadomo co się stanie. Ale jeżeli chcesz mnie upić i wykorzystać, to wiedz... że mam słabą głowę. ;)". Było to lekko (ale wystarczająco) seksualne, żeby nadać odpowiedni ton. Już prawie się zgodziła, ale akurat nie było jej w Warszawie. Pech.

06.09
W międzyczasie wysłałem jej parę pingów, ale przeszły bez echa. Tego dnia wykorzystałem jeden z moich "ostatecznych" tekstów. Odpisała, ale rozmowa była krótka. Przynajmniej wiedziałem, że żyje i odpowiednio przyciśnięta - odpowiada.

11.09
Kilka naklejek później udało się przeprowadzić kolejną dłuższą rozmowę (około 40 minut na Messengerze, ale nie tak znowu wiele tekstu). Po raz kolejny próbowałem wyciągnąć ją na randkę, ale tym razem usłyszałem inną wymówkę. Co prawda już się rozstała ze swoim facetem, ale "tak jakby" spotyka się z kimś innym. Sprawdziłem czy to poważne (nie było) i przekonałem ją do spotkania. Zdecydowała się słowami "Chuj tam, możemy się spotkać" co było pierwszym bluzgiem jaki od niej usłyszałem. Niestety - nie udało nam się ustalić pasującej nam obojgu daty.

14.09
Krótka rozmowa, która zresztą szybko zdechła.

09.10
Ostatnie trzy tygodnie to albo moje pingi graficzne i jej krótkie odpowiedzi, albo pingi tekstowe bez reakcji. Czułem, że ten "numer" umiera, o ile już nie jest martwy. Udało mi się podgrzać na moment atmosferę będąc na urlopie i tchnąć trochę życia w tę "nieznajomość". Ciągle jednak nie byłem optymistą w jej temacie.

14.10
Po kolejnej wymianie naklejek postanowiłem postawić sprawę na ostrzu noża. Wcześniej konkretne propozycje działały i prowokowały jakąś reakcję. Oskarżyłem ją o przegapienie lata, a przecież mieliśmy iść na orzeźwiające drinki. Odpowiedziała, że aktualnie jest zalatana i nie ma czasu. No cóż, napisz jak będziesz go miała.

01.11
Po 16 dniach wysłałem jej jedno zdjęcie z Londynu. Brak odpowiedzi.

11.11
Niespodzianka! "W tym calym stresowym okresie chyba mam ochote wyrwac sie gdzies czasem. To znasz jakies miejsce na dobrego drinka? :)". Taka zmiana w nastawieniu może znaczyć tylko jedno: coś się przewróciło w jej życiu. Wracamy do gry. Próbowałem ustawić się z nią na ten sam wieczór, ale nie wyszło. Zabiegane dziewczę zgodziło się na spotkanie w niedzielę.

14.11
Ping graficzny ode mnie z odrobiną pokazania własnej wartości i rozbudzenia ciekawości, a potem... przełożyłem randkę na poniedziałek. Nie było to zaplanowane z mojej strony. W niedzielę miałem okazję spotkać się z dziewczyną, z którą już sypiałem, a którą to znajomość chciałem podtrzymać. Nasza bohaterka zaś bez problemu zgodziła się na poniedziałek. Przewalczyłem spotkanie blisko mojego mieszkania, bo czułem, że to może się skończyć sukcesem na pierwszej randce.

16.11
Horror. Kilka długich wiadomości na Messengerze plus SMS-y upewniające się, że na pewno przeczytam co ma mi do powiedzenia może oznaczać tylko jedno: flake. I oczywiście tak było - naprzepraszała się, wyjaśniła, że jest padnięta i miejsce które wybrałem na spotkanie jest tak daleko, że się nie zbierze, żeby przyjechać. Nie chce jednak odwoływać spotkania i czuje się winna, więc zaprasza mnie do siebie. "I nie zapraszam na sex. :P Zebys mnie zle nie zrozumial, bo z facetami to roznie". Może i różnie, ale wiem, że jeśli dziewczyna mówi "żadnego seksu", to znaczy, że przynajmniej przeszło jej to przez głowę.

Na początku byłem sceptycznie nastawiony do tego całego pomysłu. Po pierwsze - brzmiało to zbyt dobrze biorąc pod uwagę naszą "historię". Po drugie - wymagało to podróży, a chciałem być w formie następnego dnia. Ona jednak nalegała, prosiła i nawet wysłała mi swój adres. To było naprawdę dziwne, bo bardzo jej zależało na sprowadzeniu mnie do siebie. Wytłumaczyłem, że jak mam przyjechać, to muszę wsiąść na motor, a wtedy nie będę mógł się napić... chyba, że ma jakąś kanapę żeby mnie przenocować. Chciałem sprawdzić jak jest poważna. Poza tym, jeżeli przyjechałbym motorem i napił się, to nie mogłaby mnie ot tak wyrzucić. "Kanapa" to też była tylko wymówka dla niej, chociaż nawet niepotrzebna. Zapytała tylko czy nie jestem psychopatą i bez problemu zgodziła się mnie przenocować. To się często nie zdarza. Ale skoro się wydarzyło, to nie można takiej sytuacji zmarnować. Muszę się przyznać, że przeszło mi to przez głowę - bałem się tak łatwego sukcesu, ale też tego, że mogę to koncertowo spieprzyć. Nie był to jednak czas na negatywne myśli, ale na działanie. Wyciągnąłem z lodówki wino, założyłem ciuchy, spakowałem gumki i co tam jeszcze potrzeba do spania u kogoś i pojechałem.

Powitaliśmy się śmiejąc. Tak, to nie była zwykła sytuacja i oboje to potwierdziliśmy, ale nie było tu nic dziwnego. Czuliśmy się przy sobie całkiem naturalnie i sytuacja była tak obiecująca, jak tylko mogła być. Oby niczego nie spieprzyć!

Dziewczyna miała współlokatora, który okazał się świetnym gościem, bo nie widziałem go nawet raz. Pozostałe współlokatorki były nieobecne. Zaczęliśmy od wina i gadania o nudnych rzeczach, dużo się przy tym uśmiechając i żartując. Przypominam - widzieliśmy się raz, niecałe trzy miesiące temu i zaprosiła mnie do siebie na noc. Skupiłem się więc na komforcie, bo przecież nad atrakcją nie musiałem już pracować. Na początku wieczoru obgadaliśmy też solidnie całą sytuację i zgodziliśmy się, że to w sumie jej wina. Ja żartowałem, że przecież znamy się już prawie trzy miesiące (od spotkania/podejścia) więc wszystko jest w porządku. Połknęła haczyk i mogłem oficjalnie ogłosić, że "widzieliśmy się tylko 10 minut" nie było już problemem.

Logistyka była idealna, jedyne miejsce do siedzenia to było jej łóżko. Szybko skończyliśmy wino i przerzuciliśmy się na drinki, które sama zrobiła. Usiedliśmy bliżej i nadal rozmawialiśmy. Pocałunek ją zaskoczył, ale nie protestowała. Zaczęliśmy się więcej dotykać (ręce, uda, włosy), ale już bez pocałunków. Wróciliśmy do komfortu i poznawania się. No i przytulania, bo jak wiele dziewczyn była przylepą. Do tego wszystkiego dodałem kilka planów na przyszłość, żeby nie myślała, że to będzie jednorazowa akcja.

W końcu stwierdziłem, że wystarczy tego dobrego - chodźmy spać. Zasugerowała, żebym spał na materacu, ale przytulając ją wyszeptałem, że tak będzie o wiele wygodniej ("tak", czyli przytuleni). "No i przecież nie muszę się do ciebie dobierać" - dodałem, żeby miała wymówkę. Podczas gdy ona myślała co tu zrobić poszedłem się umyć. Jak wróciłem nie było śladu po materacu i usłyszałem, że mi zaufa i pozwoli spać z nią w jednym łóżku.

Jak możecie się domyśleć sekundy po zgaszeniu światła zaczęliśmy się całować, pieścić, a potem pieprzyć. Po wszystkim podziękowała mi, że zdecydowałem się do niej przyjechać. (Nie)cała przyjemność po mojej stronie.

Rano nadal byliśmy w tym bąblu, który stworzyliśmy poprzedniego dnia. Dotyk, pocałunki i zbieranie się do pracy. Odprowadziła mnie do motoru i pojechałem do domu, a ona ruszyła do pracy. Tego samego dnia później zaatakował ją moralniak: "Ja taka nie jestem", "Nigdy w życiu czegoś takiego nie zrobiłam", itd. Wytłumaczyłem jej, że to co się stało jest normalne, nawet jeśli było niespodziewane (ta, jasne). Powinna się cieszyć z tego co jest, a przede wszystkim - odespać. Przemyślała sprawę, bo później tego dnia podziękowała mi jeszcze raz za wieczór i noc. Nie muszę przecież jej wypominać, że właśnie przespała się z facetem, którego prawie nie zna. Poza tym - nie jestem fanem przygód na jedną noc, a ona jest na tyle spoko, żeby jeszcze nie kończyć tej znajomości.

Kolejnym problemem był kolejny raz. Nie chciała mnie odwiedzić, nalegając na spotkanie na neutralnym  gruncie. Odpowiednio opakowana logika działa jednak cuda. Wytłumaczyłem, że to świetnie, że nie musimy już udawać, że na siebie nie lecimy. A ona chce wrócić do udawania, że jeszcze ze sobą nie spaliśmy? Po co? Oczywiście, że wystartowaliśmy szybko, ale to nie jest powód, żeby się wracać. Raczej powinniśmy cieszyć się tym, gdzie jesteśmy. Nie mogła znaleźć na to żadnej kontry (bo jej nie ma) i przyznała, że to co prawda szybko, ale dobrze się złożyło. "Przynajmiej moge mowic ze mam ochote... jak mam ;)" dodała. Ależ proszę bardzo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz