Kolejny raport - spokój też może być kluczem

Jak na razie maj jest wyjątkowym miesiącem, który obfituje w historie warte opowiedzenia. Tym razem motywem przewodnim jest chętna dziewczyna oraz utrzymywanie ramy w przypadku niespodziewanych trudności.

Podejście było poprzedzone IOI (oznaką zainteresowania z jej strony) - bardzo silny kontakt wzrokowy od przechodzącej obok mnie blondynki. Pobiegłem za nią, zatrzymałem i oddaliśmy się bardzo lekkiej rozmowie o jej tańcu (jest profesjonalną tancerką, byłą baletnicą i nauczycielką tańca), mieszkaniu w dwóch miastach na raz i jeżdżeniu pociągami. Jak się później dowiedziałem miała 32 lata, ale tańcząc od dziecka figurę miała nieziemską. Była bardzo otwarta, lubiła podróże (chociaż ostatnio raczej nigdzie nie wyjeżdżała) i nie mogła się zdecydować w którym miejscu chce mieszkać. Była też bardzo zainteresowania ponownym spotkaniem. Nastrój rozmowy był luźny, ale komunikacja niewerbalna była dość seksualna (nie odrywaliśmy od siebie oczu). Zapisałem jej numer i rozeszliśmy się każde w swoją stronę.

SMS-owanie potwierdziło moje podejrzenia - dziewczyna istotnie była zainteresowana. Na mój żart "mam nadzieję, że spóźniłaś się na pociąg powrotny" odpisała "Miałam nadzieję, że pojawisz się na peronie o 20:10 i poprosisz, żebym nie wsiadała do tego pociągu :)". Rzadko bywa lepiej. Trzy kolejne SMS-y i ustaliliśmy, że spotkamy się jak następnym razem będzie w Warszawie. Początkowo spotkanie miało mieć miejsce w standardowym miejscu w centrum, ale dostałem kolejny sygnał - miała być wolna dopiero od 21-ej. Na moje "Mam nadzieję, że nie chodzisz spać o 22" odpisała bardzo zachęcająco "Jestem raczej nocnym markiem..." więc zmieniłem lokalizację na bliższą  mojego mieszkania. Już w tym momencie myślałem, że pierwsze spotkanie skończy się w łóżku.

W dzień spotkania wysłałem jej małego pinga, żeby sprawdzić reakcję, na co poprosiła mnie o potwierdzenie spotkania. Bardzo dobry znak, zwykle dziewczyny tego nie robią. Wszystko szło aż za dobrze... żeby coś się miało nie spieprzyć. Najpierw dostałem SMS-a, że się spóźni, a potem - że już wyszła z metra. Dałem jej chwilę na dojście we właściwe miejsce i zadzwoniłem, żeby się znaleźć tylko po to, żeby zostać ściętym z nóg. Była w centrum - w dawno zarzuconym miejscu. Powiedziałem, żeby wsiadła z powrotem do metra i podjechała we właściwym kierunku i nawet się na to zgodziła... Tylko po to, by chwilę później napisać, że w zasadzie jest zmęczona, nic jej dzisiaj nie wychodzi i obawia się, że tak samo będzie z randką. "Może innym razem?" mać.

Cztery dni bez jakiegokolwiek kontaktu i ping w postaci zdjęcia zadziałały. Dwa SMS-y na rozpędzenie konwersacji i umówiliśmy się dokładnie tydzień po feralnym dniu. Dzień przed nowym terminem ponownie wysłałem jakiś graficzny ping, ona również odpowiedziała zdjęciem i mogliśmy uzgodnić logistykę. Co prawda chciała przesunąć spotkanie o dwa dni, ale zasugerowałem, że nie ma znaczenia kiedy się spóźni. "Nie o to chodzi...", rzekomo miała ostatni pociąg o 22, a potem tylko autobusy na które potrzeba rezerwacji, a "(...)Trudno przewidzieć jak wieczór się potoczy..." co brzmiało tylko jak zachęta do forsowania mojej opcji. Odpisałem "Zdecydowanie, więc po co coś planować. ;) Zawsze możemy sączyć wino całą noc i odstawić Cię o świcie na pociąg/busa. :)".

":) wariat....może masz rację....tylko jest jeden problem.....nie wzięłam ze sobą szpilek!!!" - po takim SMS-ie uznałem, że już zdecydowała "jak wieczór się potoczy", pozostało tylko zasugerować odstawienie Kopciuszka i byliśmy umówieni.

Oczywiście, że się spóźniła. Oczywiście, musieliśmy się szukać, ale poza tym wszystko grało. Poszliśmy do winiarni niedaleko mojego mieszkania, zamówiliśmy przekąski, po kieliszku wina i przeszliśmy do "poznawania się". Rozmowa była aż za bardzo spokojna, ale udało się przemycić parę DHV (pokazania swojej wartości) i kilka razy podgrzać atmosferę. Ona więcej mówiła, ja więcej rozbierałem ją wzrokiem. Nic szczególnie śmiałego, bo celowałem w seks tej nocy. Kiedy skończyliśmy wino i wrócił temat win musujących uznałem, że jest to doskonała wymówka na zmianę lokalizacji. Krótki spacer, fałszywy opór ("ale idziemy do ciebie?"... jakby coś jeszcze o tej porze było otwarte) i jesteśmy w domu. Moim.

Szybki popis za bębnami i przerzuciliśmy się do sypialni, skoro i tak chciała obejrzeć całe mieszkanie. Zostaliśmy tam, bo "mam tutaj całą kolekcję muzyki, zresztą zobaczmy czy uda ci się znaleźć coś dla siebie". Ponownie nasza rozmowa nie była szczególnie seksualna, ale było sporo kino (i duża część dotyków była inicjowana przez nią - świetny sygnał!). Konsekwentnie przechodziliśmy w ciekawsze tematy jak ulubione części ciała, poprzednie związki i takie tam. Moje mieszkanie też nieźle pokazuje moje zainteresowania. Może aż za bardzo, bo zostałem oskarżony o bycie "zbyt męski". Jakby coś takiego w ogóle istniało.

Pierwszym problemem było sprowadzenie ją na łóżko. Siedziała na jedynym fotelu dość daleko ode mnie. Pierwszy raz gdy powiedziałem, żeby przesiadła się na łóżko nawet się nie ruszyła. Za drugim razem tylko przysunęła fotel. Układ był strasznie kiepski - nie mogłem w żaden sposób eskalować, więc przesiadłem się na krawędź łóżka bliżej niej. Rozmowa toczyła się dalej swoim rytmem, a po jednej z dłuższych pauz z patrzeniem sobie w oczy wypaliła "Wiesz, że nie zaciągniesz mnie do łóżka? Nie dzisiaj." Odpowiedziałem "ok" i kontynuowałem rozmowę oraz rozbieranie ją wzrokiem.

Po chwili rozmowy, skończeniu butelki wina zaczęliśmy się całować. Dalej wszystko było dość proste i naturalne. Rozmowa, przeniesienie jej na łóżko, całowanie, położenie się z nią i dalsza eskalacja. Kiedy już była wystarczająco podniecona i łapała za mój sprzęt przez spodnie zaczęliśmy się rozbierać. Ostatnią przeszkodą było to, że "może jeszcze mieć okres". Dlatego chciała przełożyć spotkanie o dwa dni! Na szczęście faktycznie było to blisko końca (albo już po), bo sama zasugerowała, że potrzebuje skoczyć pod prysznic i będzie ok.

Powróciła odziana w ręcznik i wciąż podniecona. Bez jakichkolwiek dalszych problemów spędziliśmy stosunkowo udaną noc. I ranek.

Czego się nauczyłem? Że potrafię rozpoznać "chętną" dziewczynę. Że pójście do łóżka na "day 2" (pierwszym spotkaniu) naprawdę nie wymaga dużo eskalacji przed łóżkiem. Kluczowe jest napięcie. Po raz kolejny mam dowód, że "Nie będziemy się dzisiaj kochać" nic nie znaczy. Nauczyłem się, że nawet nieudane pierwsze spotkanie, gdzie ktoś pomylił miejsce spotkania może zadziałać na korzyść. Trzeba tylko pamiętać o ustaleniu granic takiego zachowania - nie ma sensu zgadzać się na wszystkie  jej fanaberie. Tym razem jednak miałem przeczucie, że naprawdę chciała się spotkać, spodobałem się jej i to po prostu był nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Zresztą później przyznała, że podziwia moją wytrwałość, no i spokój zarówno na spotkaniu jak i w moim mieszkaniu. Nawet nazwała go (ten spokój) "dziwnym". I to nie jest pierwszy raz, kiedy to słyszałem. Jak widać opanowanie swoich żądz też jest bardzo istotne. I z tym wnioskiem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz